4 września 2007, wtorek

 

Uff, już wrzesień. Sporo trwała moja absencja, ale chyba jest usprawiedliwiona, bo moja "życiowa misja" rozwija się pomyślnie, ale zainteresowanie blogiem (tym muzycznym, oczywiście) przerosło moje oczekiwania - choć nie były małe (chrzanić skromność!). Przede wszystkim mnie samego zszokowało, że jest tyle dobrej muzyki, o której warto napisać, którą warto promować. Wydawało mi się, że starczy tematów na dwa miesiące, a potem wszystko pogrąży się w tradycyjnym marazmie. Tymczasem jest zupełnie na odwrót. Przybywa płyt do odsłuchania, EP-ek, pojedynczych piosenek. Grafik mam tak napchany, że zrezygnowałem całkowicie z pisania o muzyce zagranicznej na Screenagers.pl. A tu jeszcze w toku są inne projekty: kompilacja (też się rozrosła), seria artykułów, w planach plebiscyt podsumowujący muzyczny rok 2007, wywiady ze zwycięzcami...

 

Uff, teraz już rozumiecie dlaczego tak rzadko coś się zmienia TU. Obejrzałem ostatnio kilka dobrych filmów, przydałoby się o nich napisać... Ale jestem trochę zmęczony... Może niedługo, może nigdy.

 

Uff, tego co dzieje się w polityce w naszym cudownym kraju, nie będę nawet próbował komentować. Sytuacja jest już tak absurdalna, że nawet Alfred Jarry by się pogubił i kręcił w kółko pytając przechodniów (z obłędem w oczach): kurwa, o co chodzi?

 

I to by było tyle dzisiaj pod hasłem 3 x uff. 

 

 

 

2 lipca 2007, poniedziałek

 

Od kilku dni jestem całkowicie pochłonięty nowym projektem. To blog muzyczny poświęcony tylko i wyłącznie polskiej muzyce alternatywnej. Pewnego dnia doznałem olśnienia: w sieci jest mnóstwo portali, stron o muzyce, gdzie jest wszystko, ale panuje tam bałagan, chaos. A potrzebna jest strona, która stalowym chwytem trzyma się jednej dobrze pomyślanej koncepcji. I jest.

 

http://wearefrompoland.blogspot.com/

 

Ciekawe, na jak długo starczy mi energii? Na razie jest fajnie, dostałem sympatyczne odpowiedzi od zespołów Orchid (i płytę) oraz George Dorn Screams. Chciałbym też "zwerbować" kilku współpracowników. Na razie ogłosiłem się na pewnym forum muzycznym. Zobaczymy, jaki będzie odzew.

 

Z innej beczki... W saloniku prasowym dostałem cienką książeczkę z opowiadaniem Haruki Murakamiego "Tony Takitani". Jest to element kampanii promującej czytanie książęk "Czytelmania". Opowiadanie bardzo mi się spodobało. Ten piękny, czysty styl narracyjny. Historia tytułowego Tony'ego Takitaniego - podana niby z chłodną precyzją, a jednak pełna podskórnych emocji i mówiąca wiele o Japończykach jako ludziach i narodzie. Opowieść nabiera rumieńców, kiedy czytamy o tym, jak Tony zarabiał na życie - rysując z chirurgiczną precyzją mechanizmy i urządzenia. Od razu na myśl przychodzą twórcy japońskiej mangi i anime - tak dokładni i pracowici, że aż wydaje się to nieludzkie. Również niespodziewanie emocjonalny fragment dotyczący żony Tony'ego, którą zgubiła miłość do ubrań, wkręciła mój umysł na dłuższą chwilę.

 

Ciekawa inicjatywa, szkoda, że organizatorzy zdecydowali się wydać w ten sposób tylko to jedno opowiadanie. A gdyby tak wciągnąć w akcję polskich autorów?

 

 

 

22 czerwca 2007, piątek

 

Fotografia cyfrowa. Dziś każdy może być reporterem, chwytać chwilę, przekazywać ludziom na całym świecie to, co zobaczył. Nie trzeba być zawodowym fotografem, żeby zrobić ciekawe zdjęcie, które obiegnie świat poprzez sztafetę internetowych serwisów aż po wysokonakładowe gazety. Zdjęcie z twojej komórki może trafić na pierwszą stronę "Wyborczej" czy "New York Timesa", wystarczy, że to ty znajdziesz się we właściwym miejscu i czasie i będziesz miał (a zazwyczaj masz) jakiś aparat fotograficzny.

 

Pogoń za sławą zaczyna napędzać coraz większe rzesze ludzi. Popatrzcie na nich, na te sępy fotograficzne szukające głodnym obiektywem oka gorącego tematu. Wypadek, rozbite auto, krew na asfalcie - sęp jest już na miejscu. Już cyka zdjęcia, kombinuje, jak uzyskać najbardziej drastyczne ujęcie, już myśli o tym, jak skomentują je ludzie na internetowym forum. Pijak przewracający się na chodniku, ćpun leżący w bramie-kosmodromie do podróży w kosmos, śmieciarz ciągnący swój groteskowy wózek, wariatka ścigana przez bandę dzieciaków - oko strzela migawką, procesor przetwarza obrazy na bity, na punkty uznania, na liczbę odsłon w sieci. Sęp tylko czyha na okazję. Czasem sam ją stwarza. Manipuluje rzeczywistość, podkręca ją, dopala. To tacy jackass fotografii. Tylko, że oni się nie narażają. Oni stoją z boku, tylko podkręcają innych.

 

Dziś w dodatku do "Rzeczpospolitej" poświęconym konkursowi BZ WBK Press Foto 2007 zobaczyłęm zdjęcie, które mnie zmroziło. Fotograf "Dziennika" pokazuje zwłoki półrocznego dziecka wyciągniętego z gruzów po bombardowaniu Bejrutu. Nad tym przysypanym pyłem ciałkiem tłoczą się fotoreporterzy - i sępy z komórkami. Każdy chce mieć to zdjęcie. Szkoda, że dziecko nie ma urwanej rączki, byłoby bardziej wiarygodnie...

 

Przypominają mi się sceny z filmu "Frankie's House" o fotoreporterach w Wietnamie. I z jeszcze świeżego "Krwawego diamentu". Scena, kiedy reporterzy jadący autobusem natrafiają na zniszczony przez rebelianrtów samochód z dogorywającymi ludźmi. Wysypują się z autobusu ze swoimi aparatami i kamerami, przepychają się niczym sępy, niczym oszalałe od zapachu świeżego mięsa muchy. Nikomu nie przyjdzie do głowy pomagać ofiarom. Chcą tylko zdjęć. Chcą, żeby umierający dobrze wyglądali.

 

To nieco przerażająca perspektywa, że kiedy nie daj Boże zdarzy ci się jakieś nieszczęście, nikt nie przyjdzie ci z pomocą, ale otoczą cię podekscytowani pstrykacze, czekający aż zdechniesz na oczach ich cyfrowych rejestratorów rzeczywistości.

 

 

 

20 czerwca 2007, środa

 

Od poniedziałku zasłuchuję się internetowym radiem Sky FM. Jestem wniebowzięty - nazwa zobowiązuje - przez osiem godzin (słucham w pracy, a co) dostaję kilkadziesiąt doskonałych piosenek, głównie amerykańskiego indie i alternative. Puszczają i Pixies, i Pavement, i Becka, i Pedro The Lion, i Joe Strummera, i wielu wielu innych znakomitych artystów. A playlista jest tak skonstruowana, że słuchanie absolutnie nie męczy.

 

Warto czasem poszukać czegoś poza Zetką i RMF-em. No, trochę przesadziłem. Poza Antyradiem i Trójką:)

 

 

13 czerwca 2007, środa

 

Ciekawa wypowiedź Piotra Szulkina, reżysera takich filmów jak "O-bi, o-ba: Koniec cywilizacji" i "Ga, ga: Chwała bohaterom" w dzisiejszej "Wyborczej". Krytykuje on pomysł Stowarzyszenia Filmowców Polskich, które chce drogą sądową ściągać opłaty za fragmenty polskich filmów umieszczane na stronach internetowych miłośników kina. Już zaangażowano prawników do ściągnięcia kary z chłopaczka o pseudonimie Franek z Częstochowy, który w amatorskim teledysku wykorzystał fragment "Krzyżaków". "Głupi pomysł z głupiego snu" - pisze Szulkin.

 

Proponuje, żeby zamiast karać młodych ludzi za zainteresowanie polskim filmem, otworzyć serwer, z którego każdy mógłby za darmo i w zgodzie z prawem ściągnąć polskie filmy przed- i powojenne. Zarówno pełnometrażowe, jak miniatury, etiudy itp. "Że nikt się na tym nie wzbogaci? To nieprawda. Dostęp do tych filmów byłby darmowy, lecz ci, którzy zobaczyliby te filmy, staliby się bogatsi. Bogatsi o świadomość kulturowego continuum swego kraju".

 

Obawiam się, że ten pomysł nie ma szans na realizację. Telewizja Polska, tak dzielnie wypełniająca swoją misję krzewienia kultury w serialach "Klan" i "M jak Miłość" prędzej się udławi starymi taśmami niż udostępni je za darmo. A do ramówki starych filmów nie wcisną, bo kto to będzie oglądał? Jakie firmy kupią reklamy przed takimi starociami?

 

Dobrze, że nie mam telly:)

 

 

12 czerwca 2007, wtorek

 

"Machina" w dziale recenzji serwuje w bieżącym numerze opis filmu porno. Woow, ale oni są odważni i w ogóle, niepokorni, je! Tylko dlaczego recenzują film amerykański? Czyżby byli oldskulowymi fanami silikonu i genetycznie modyfikowanego białka? Błeee.

 

 

11 czerwca 2007, poniedziałek

 

Ostatnio przeczytałem...

 

Neil Gaiman „Chłopaki Anansiego”. Mój pierwszy kontakt z prozą Gaimana, o którym wcześniej słyszałem same achy i ochy, no i niestety, nieudany. Może dlatego, że wziąłem na warsztat akurat książkę dla dorosłych, może dla dzieci pisze ciekawiej? W każdym razie zanudziłem się. O ile początkowo książka wydawała się intrygująca, ot zwyczajna obyczajowa opowieść pisana z typowym dla Brytoli ironicznym poczuciem humoru. Czekałem niecierpliwie na atak słynnej Gaimanowskiej magii, mroku i horroru. I doczekałem się: mieszaniny kryminału z oklepaną powiastką o półbogach osadzoną na nibylegendach ludów pierwotnych o bogach-zwierzętach. Od tego momentu humor stał się lepki niczym galareta wieprzowa, postacie przewidywalnie nieprzewidywalne, a finał banalny do bólu kości. Serio, z naśladowców Terry’ego Pratchetta wolę... Terry’ego Pratchetta. Spróbuję jeszcze kiedyś zmierzyć się z innymi dziełami Gaimana, ale coś czuję, że z góry znam efekt tych prób.

 

Ignacy Karpowicz „Cud”. Nie zniechęcony ohydną okładką rzuciłem się na nowe cudowne dziecko polskiej literatury. I przyznaję, na początku było naprawdę dobrze. Zafrapowało mnie dziwaczne pisarstwo Karpowicza, nieco surrealistyczny punkt wyjścia historii – miłość lekarki do nieboszczyka... który zachowuje wszelkie cechy żywego człowieka pogrążonego we śnie. Tylko że martwego. Narracja rozwarstwia się sympatycznie na wydarzenia tu i teraz, przedstawione rzeczowym, zwięzłym (uzupełnianym zabawnymi uściśleniami w nawiasach) językiem i niezwykłą historię cudownego nieboszczyka snutą pijacko-biblijnym językiem jego ojca. Stylizacje na psalm rozbawiły mnie do łez! Przykład: „Psalm I, który jest widzeniem Hanki na temat Anki, nadobnej mej kuzynki”. „3. Rusza galerą dupy swojej, jako zapragnie, choć jest niby drzewo w rdzeniu spróchniałe: żyły łona jej są powikłane jako latorośl ciemna. 4. Kości jej jako trąby miedziane, gnaty jej jako drąg żelazny cnotę męską zdobywający...”. I tak dalej. Szkoda, że potem klimat siada, a kiedy tytułowy cud objawia się publicznie, a na ulice wylegają tłumy liczących na uzdrowienie słuchaczy Radia Maryja, robi się wioskowo i buraczano. Karpowicz nie bardzo wie, jak wybrnąć z zamotanej sytuacji i ratuje się truizmami, dosłownie. Pomysł dobry na nowelę, a nie na 274-stronicową książkę, ale, w sumie, czytało się przyjemnie.

 

 

30 maja 2007, środa

 

Rzeczywistośc wdziera się do świadomości najmniejszymi nawet, niezakorkowanymi, otworami. Pcha się i robi wodę z mózgu. Nie oglądam telewizji, staram się omijać serwisy informacyjne w radiu, nawet nie zaglądam na portale z bieżączką, żeby tylko ocalić swoje zdrowe (jeszcze) zmysły przed tą odmóżdżającą sieczką. Nic z tego, zawsze jakoś się przecisną. Zadowolone mordki politykierów, ich kretyńskie wypowiedzi, cholerni lekarze wyjeżdżający za granicę, a niech wyjeżdżają!

 

To oczywiście rodzi agresję. Czasem aż mnie swędzi, żeby przylutować w te ryje, wywalić z buta w te kaprawe oczka, wyzwać ich plugawymi słowy, roznieść na strzępy ostrzem bezwzględnej logiki. Ja naprawdę nie jestem człowiekiem agresywnym ani mściwym, ani cholerykiem. Ale czasem po prostu mam dość tego sączącego się z mediów rzadkiego gówna. Koledzy dziennikarze, przestawcie się na inny, szerszy tor. Przestańcie być pieskami polityków, załóżcie im kagańce, postawcie szlabany dla ich bzdurnych wypowiedzi. Wiem, że to nierealne, ale chciałbym się kiedyś obudzić w kraju, w którym pierwsze - i drugie, i trzecie - strony gazet nie obwieszczają o kolejnym debilnym pomyśle jakiegoś podrzędnego urzędniczyny, o jakiejś kolejnej aferze teletubisiowej i innych spiskach politycznych. Chciałbym kiedyś przeczytać w gazecie o tym, co się w kraju dzieje dobrego, czego dokonaliśmy, co warto poznać, czego się nauczyć.

 

No tak, czasem człowiek się zdenerwuje, potem mu przechodzi. Pozatykać otworki i żyć dalej...

 

 

25 maja 2007, piątek

 

Żyjemy w śmieciowych czasach. Dzisiaj nic nie jest "na zawsze", tylko na chwilę. Poużywaj, a potem wyrzuć i kup nowe. Używanie rzeczy to krótki okres pomiędzy ich wytworzeniem a rozkładem na wysypisku śmieci (ten ostatni etap trwa najdłużej). Nic już nie jest produkowane z przeznaczeniem do używania przez długi czas (no może z wyjątkiem szwajcarskich zegarków po 50 tys. PLN sztuka). Rzecz ma nas przywabić błyskiem lakieru, dizajnerską linią, przyjemną w dotyku fakturą - a kiedy już ją kupimy, ma się jak najszybciej zużyć i zrobić miejsce dla nowych rzeczy.

 

Ubrania, buty, elektronika, płyty - wszystko to rozpada się, psuje, znika w czasie krótszym niż powinny. Na ile lat wystarczą ci te nowe buty? Maksymalnie na dwa. Ile będziesz używać tej nowej bajeranckiej cyfrówki? Może dwa lata. Potem nastąpi kolejny skok technologiczny, a ta twoja nagle się zepsuje. I to tak, że nie będzie się opłacało jej naprawiać. A co się stanie w gigabajtami zdjęć zarchiwizowanych na płytach cd-r lub dvd-r? Znikną, wyparują, utlenią się.

 

Nasze życie utlenia się. Pamięć jest stale nadpisywana przez nowe dane. Wyczyścić stare dane? Enter. Zapisać nowe? Enter.

 

 

18 maja 2007, piątek

 

Dostałem dziś odpowiedź od pewnego wydawnictwa w sprawie opublikowania "Podróży": "Dziękuję za propozycję i informuję, że została ona umieszczona w kolejce z numerem 245".

 

To lepszy numer niż miałem w kolejce po mieszkanie komunalne do remontu!

 

 

17 maja 2007, czwartek

 

Zmiana dizajnu, reorganizacja strony według jednej spójnej koncepcji. Wreszcie ma to ręce i nogi. Mam nadzieję, że tym, którzy tu zaglądają, przypadnie do gustu.

 

Z innej beczki: dziś aresztowano 9 tłumaczy dialogów publikujących swoje prace w serwisie napisy.org. Według policji (a raczej dystrybutorów, którzy pewnie tę akcję zainicjowali) ich działalność była niezgodna z ustawą o ochronie praw autorskich. Podobnie źle czynią fani, którzy umieszczają na swoich stronach tłumaczenia tekstów piosenek swoich idoli. N a r u s z a j ą  ich dobra osobiste. I oczywiście czerpią z tego kolosalne zyski. Taaa. Paranoja zatacza coraz szersze kręgi.

 

Niedługo Internet podzieli się na część płatną i nielegalną. Jakoś nie widzi mi się korzystanie z tej pierwszej. Nie lubię nudy.

 

 

15 maja 2007, wtorek

 

Sytuacja do tworzenia nie jest dobra. Ze wszystkich stron zalew informacji i cyfrowych bodźców. Nowe filmy ściągane z Internetu, emeptrójki ciągle nowych i nowych wykonawców, gazety, książki na zajebistym papierze, komiksy grube jak cegła, kablówka, streaming... Tanie aparaty cyfrowe, które kuszą możliwościami. Dyktafony w komórkach i odtwarzaczach mp3.

 

To wszystko odciąga od twórczego myślenia. Jak w tym bagnie naddtrawionych zaledwie informacji znaleźć własną oryginalną myśl? Komu jeszcze chce się obmyślać zawiłą fabułę, tworzyć bohaterów z przeszłością i niepowtarzalnym sposobem zachowania? Skoro wszystko jest już zrobione, ładnie opakowane, tylko klik i już to masz.

 

Odizolować się nie da. Nikt nie zafunduje półrocznego stażu pisarskiego w Soczi (Bułhakow). Szczęśliwi są ci nieliczni, którzy mogą się zaszyć gdzieś w lesie na wschodzie kraju albo w górach. Chociaż tam też już działa wi-fi, więc i maile można sprawdzić, i zmarnować trochę czasu na przeglądanie newsów na portalach...

 

Sytuacja: piszę nową zajebistą powieść w konwencji cyberpunka. Dużo fajnych technologii sprzęgających człowieka z maszyną. Chińscy turyści. Gangi. Życie w cyber i życie w realu. Akcja. Cięte dialogi.

 

Zatem odpalam komputer, puszczam The Afghan Whigs ("Gentlemen") prawie na maksa, otwieram (godzinę wcześniej) butelkę półsłodkiego czerwonego wina (Bułgaria lub Mołdawia, kadarka) i zaczynam...

 

 

7 maja 2007, poniedziałek

 

Ostatnio oglądam sporo filmów. Dlatego postanowiłem rozszerzyć dział recenzji o wrażenia z obejrzanych niedawno filmów. Zarówno kinowych, jak i dvd, nowych i starych. Na pierwszy ogień idzie "300" - który mnie nie zachwycił...

 

W weekend obejrzałem "Krwawą niedzielę", wydaną na dvd w serii "Gazety Wyborczej". Film zrobił na mnie kolosalne wrażenie. To był wstrząs. Napięcie wywołane przez wydarzenia przedstawione, ale też formę ich przedstawienia (sporo ujęć z ręki) było tak duże, że w pewnym momencie zacząłem gryźć kostki palców. Szok - że coś takiego (masakra ludności cywilnej) mogło się wydarzyć w cywilizowanym państwie europejskim, wcale nie tak dawno temu. Być może napiszę o tym filmie więcej.

 

Najgorzej, że kusi mnie też napisanie paru recencji książek. Nie powinienem tego robić. Ludzie piszący nie powinni uprawiać krytyki literackiej. To samo dotyczy muzyków, którzy nie powinni (nie mają prawa) oceniać swoich kolegów muzyków; malarzy itd. Ale ostatnio mam problemy z pisaniem literatury, więc może na jakiś czas przemienię się w Surowego Krytyka Literackiego?

 

Na przeczytanie czeka nowy Gaiman, nowy Huelle (no tu jestem bardzo ciekaw), czyta się powieść Ignacego Karpowicza "Cud". Połknąłem już 100 stron. Smakowite.

 

 

30 kwietnia 2007, poniedziałek

 

Broniłem się przed tym od dawna, rękami i nogami, a jednak stało się - zaczynam blogować. Blogować = blagować? Czy podobieństwo tych słów powoduje, że większość autorow blogów nagina rzeczywistość tak, aby wykreować swój korzystny wizerunek? Załapać się do rankingów najchętniej czytanych sieciowych pamiętników? Zyskać swoje pięć minut sławy?

 

Czy ze mną będzie tak samo?

 

Największy problem, jaki widzę w blogowaniu, to systematyczność. Blog powinien być prowadzony na bieżąco, żyć z dnia na dzień, razem z opisywanymi wydarzeniami.  Nie wiem czy podołam temu zadaniu. A pisać o niczym, byle tylko zapełnić kartkę papieru (specjalnie wybrałem ten szablon) wierszami nic nie znaczących słów?

 

Najlepiej skupić się na konkretach. Na początek trochę informacji o stronie.

 

Po co ją założyłem? Oczywiście z próżności. Nie ma nic przyjemniejszego od wiadomości typu: "świetna stronka", "nie mogłam się oderwać od monitora", "urzekła mnie twoja historia" (no nie tu już trochę przeszarżowałem...). Ale faktem jest, że pozytywne reakcje podnoszą na duchu. Miło doświadczyć uznania - i to nie tylko ze strony rodziny, która już przyzwyczajona, że od zawsze coś tam sobie człowiek skrobie w starych zeszytach. Miałem tremę, kiedy te opowiadania trafiały do moich znajomych. Żeby tylko nie pytali, co w nich jest "z życia wzięte", oby tylko nie męczyli stwierdzeniami w stylu: od tej strony cię nie znaliśmy, a to nam się koleżka ukrywał przez tyle lat itp. itd. Jakie to szczęście mieć przyjaciół, którzy nie tylko wiedzą co to takt, ale odróżniają rzeczywistość od fikcji literackiej!

 

Własna strona to naprawdę wciągająca rzecz. Nie sądziłem, że pochłonie tyle czasu - ale nie uważam go za stracony. Dowiedziałem się na własnej skórze, na czym polega siła reklamy. Sieciowe odpowiedniki to: pozycjonowanie i rankingi.  Trzeba się nieźle napracować, aby znaleźć się w czołówce wyników googla. Trzeba przedrzeć się przez całą masę stron i portali, by ktoś zauważył twoją stronę i spędził na niej trochę czasu. Ale to ciekawe doświadczenie, warte piekących oczu i morderczego bólu głowy.

 

Początkowo miało być tylko kilka opowiadań, fragmenty "Podróży" i parę zabawnych zdjęć. Nie sądziłem, że starczy mi zapału na więcej. A jednak pojawiały się kolejne pomysły, nowe działy, całe mnóstwo tekstów, które do tej pory leżały poupychane w szufladach. Postanowiłem wrócić nie tylko do literatury, ale też do starszych artykułów i innych tekstów dziennikarskich. Po części dlatego, że internetowe archiwa "Integracji Europejskiej", do której pisałem, zostały zlikwidowane, a niektóre z materiałów uważam za udane. Także dlatego, że kilkakrotnie szukając w googlu informacji na swój temat (pamiętacie: próżność), natknąłem się na teksty innych ludzi, którzy wykorzystywali te artykuły, wywiady w swoich postach i własnych artykułach, jako źródło wiedzy. Naprawdę wzruszyłem się, kiedy zobaczyłem, że ktoś zacytował fragment mojej rozmowy z prof. Miodkiem, aby udowodnić prawidłowość formy "pisze" (obok "jest napisane"). Fajnie było zoba czyć, że ktoś zacytował dane z artykułu o rynku piwa, rzetelnie podając źródło. To sprawiło, że postanowiłem przywrócić części materiałów prasowych drugie życie. A także miłe wspomnienia...

 

Także wsparcie świetnych i utalentowanych ludzi pomogło mi pozbyć się wstydu i nabrać pewności siebie. Z rysownikiem Markiem Turkiem przegadaliśmy wiele godzin planując kiedyś wspólne wydawnictwa. Byłem wściekle dumny, kiedy zgodził się zrobić specjalnie dla mnie ilustracje do zbioru "Przeraźliwość".  Do tej pory mam ciary na plecach, gdy popatrzę na stronę tytułową do "Świerszczy"...

 

Z Romkiem Lipczyńskim, fotografem i fotoreporterem, spędziliśmy kupę czasu jeżdżąc po Polsce, docierając do różnych dziwnych miejsc, poznając i fajnych, prostych ludzi, i buców patrzących z góry zza swoich drogich biurek. Stalismy w ścisku na korytarzu nocnego pociągu, kimaliśmy z dusznym pekaesie, mokliśmy w deszczu, piliśmy duże ilości piwa i klęli na potęgę. Cieszę się, że jego zdjęcia są na mojej stronie.

 

Z Kaśką Majgier znam się od kilku lat - ale tylko za pośrednictwem Internetu. W przeciwieństwie do mnie, ona jest teraz znaną pisarką literatury młodzieżowej, wydała już trzy książki.  Zazdroszczę jej tego, ale też zupełnie szczerze przyznaję, że to się jej należało. Jest po prostu inteligentną i dowcipną osobą, a właśnie tacy ludzie powinni pisać książki. To głównie dzięki jej mailom nie rzuciłem pisania w diabły. Taka jest prawda, pani Katarzyno Majgier!

 

O innych ludziach też kiedyś będzie. Na razie koniec. Pierwszy wpis był naprawdę wyczerpujący. Pewnie nie tylko dla mnie:)